*141

30 listopada 2015

Dzień jak każdy inny,
zwykła kartka z kalendarza,
wschód o 7:19, zachód o 15:29.

Zostań.
Imieniny obchodzą Błażej i Saturnin,
a urodzeni w tym dniu,
są spod znaku Strzelca.

Zostań
Bo nie mogę się otrząsnąć.
Bo nie jestem głodna,
bo nie umiem trzeźwo myśleć,
bo słaba jestem.
Cierpliwie czekam, ja, taka niecierpliwa.
I cicho wołam, krzycząc do Ciebie.
Oczy zamykam, żeby Cię widzieć.

Zostań.
Jestem taka rozklekotana, że aż mi wstyd.
Tyle mam Ci do powiedzenia,
choć tak bardzo się zapętlam.
Nasłuchuję  uważnie i nie mogę usłyszeć,
tak mi huczy i dudni tam w środku,
pod żebrem.
Trzęsę się, bo mi gorąco przy Tobie.
Trzęsę się, żebyś myślał, że mi zimno.
Trzęsę się, ze strachu przed chłodem.
Zostań.
Mam w kieszeniach resztki siebie.
Zabierz je, zanim  wyrzucę ze złości
na chodnik.

Zostań.
Tak bardzo się boję, że nie zostaniesz.

tagi: , ,

*140

23 listopada 2015

Podczas, gdy serce zdrowego człowieka bije z częstotliwością 75 uderzeń na minutę, koliber w czasie swojej największej aktywności może trzepotać skrzydłami z częstotliwością nawet 200 uderzeń na sekundę, a jego serce bije 1000 razy w ciągu 60 sekund.

Wydry morskie podczas snu trzymają się za łapki, żeby przypadkiem się nie rozdzielić, a dżdżownice komunikują się przez dotyk.

Przyznać trzeba, że człowiek, który dodatkowo determinowany jest przez  ogrom codziennych słabości i trosk, w tym zestawieniu wypada blado. Im starszy, tym jest gorzej.

Ciężko zbić swoje przyzwyczajenia, akceptować czyjeś słabości i zdobywać się na poświęcenia, które kiedyś byłyby tak oczywiste i łatwe. Plecak pełen doświadczeń z roku na rok robi się coraz większy i cięższy, a przez życie idzie się coraz wolniej. Męczymy się już na krótkich dystansach, łapiemy zadyszkę tuż za pierwszym zakrętem, musimy przystanąć i złapać oddech po niewielkiej nawet dawce emocji. Podróże bywają często samotne i bardzo nużące, trudno bowiem znaleźć towarzysza, który ze swoim plecakiem będzie potrafił iść w tym samym tempie – takiego, który dotrzyma kroku. Podróżujemy mając własne przyzwyczajenia, własne sposoby na relaks, osobiste przemyślenia i teorie porządku świata. Niełatwo jest się dostosować, bo już nie jesteśmy na tyle elastyczni. Nie naprawimy się, ani diametralnie się nie zmienimy dla kogoś, bo po co mielibyśmy to robić? Nie mamy żadnej pisanej gwarancji, że nam będzie lepiej i że zmiana będzie jakkolwiek opłacalna.

Z roku na rok dokładamy do bagażu kolejne szpargały. Otrzymaną na urodziny książkę, szalik nasiąknięty zapachem świeżo ciętego, suchego drewna i żywicy, z wyczuwalną nutą piżmu i cedru, zepsute koło od roweru, które wspólnie kiedyś naprawialiśmy pijąc zimną coca-colę, po której puszkę też wrzuciliśmy do plecaka. Pragmatycznie rzecz biorąc, wystarczyłoby obrócić plecak do góry nogami, wysypać wszystko na bruk i pobiec z lekkością dalej. Szybciej, łatwiej, przyjemniej. Kim jednak bylibyśmy bez  przedmiotów, które przez ostatnie lata obijały nam się po kieszeniach? I czy faktycznie łatwiej byłoby nam przeżywać wszystko od nowa, aniżeli nie przeżywać teraz już tak wiele jak kiedyś?

Rybitwa popielata co roku odbywa wędrówkę na odległość ok 30 000 km docierając z Europy na Antarktydę, po drodze spotykając się ze swoimi towarzyszami z innych kontynentów.

Nie potrafimy nawet zdecydować się na jeden wspólny kierunek, nie wspominając już o przebyciu tak długiej odległości. Różnorakie perspektywy, przeciwstawne oczekiwania, za ciężkie plecaki. I tylko jedna zasadnicza myśl szturmem szmuglująca głowę.

Co zrobić kiedy jest dokładnie inaczej? Zawiązać buty na dwie kokardy i ruszać w tą samą stronę, nie zważając na ciężar zawieszony przez ramiona?

*139

17 października 2015

Zawsze lubiłam jesień. Nie mam z nią samych cudownych wspomnień, ale lubię ją taką nieidealną, marudną i zmienną. Pozwala mi być taka jak ona, no i mogę bezkarnie zawinąć się w koc, bez makijażu i z cebulą na głowie, zatopić się w ulubionej lekturze. Ostatnio wiele czasu spędzam w ten sposób.

To chyba wina tej całej medialnej nagonki, reklam kinder bueno, teledysków pełnych ludzi beztrosko się bawiących, że odczuwam coraz większą samotność. Przecież nikt nie prowadzi takiego życia. Normalni ludzie nie wstają trzy godziny przed wyjściem do pracy, żeby wspólnie zjeść pieczołowicie przygotowane śniadanie, z kolorystycznie dobraną zastawą i serwetami. Nie mają czasu pytać co słychać u Pani Krysi z księgowości i czy jej jamnik dalej ma zapalenie ucha środkowego. Tymczasem przekolorowane czasopisma, w myśl polityki prorodzinnej, pokazują nam nierealne kadry, wypracowane przez sztab specjalistów od piaru. Podświadome, podprogowe przekazy wędrują do mojego umysłu, kreując świat na bardziej szczęśliwy niż w rzeczywistości i mnie szczęśliwą mniej niż powinnam. Bo tego brakuje, bo trawa zielona jest bardziej po drugiej stronie ogrodzenia, bo wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma, bo inni śmieją się bardziej, bo wracają późnymi porami, zmęczeni natłokiem towarzyskiego życia. Rano muszą wstawać trzy godziny wcześniej, żeby upiec świeże bułki, posmarować je idealnie masłem z 83% tłuszczu, a na wierzch położyć zgięty w pół plasterek żółtego sera w towarzystwie zielonej, chrupiącej sałaty, tak doskonale, tak idealnie chrupiącej.

Pomimo mojej głębokiej świadomości faktu, gdzieś tam dogłębnie wierci mi coś dziurę w brzuchu. Chwytam się wtedy lampki wina, ostatnio coraz częściej czerwonego, najbardziej wytrawnego, takiego, które pozwala mi poczuć gorzki smak mojej beznadziejnej sytuacji. Na koniec przepalam to wszystko papierosem, trzymanym trzęsącą się z zimna ręką, uspokajam oddech i zaczynam gorączkowo szukać impulsów.

Coraz częściej, a właściwie cały czas, muszę być tą dorosła panią kobietą, zrównoważoną, z guzikiem od koszuli zapiętym po szyję, paniować tam, paniować tu, uśmiechać się pokątnie, ale nie wpadać w żabi rechot, mocno i z pewnością ściskać dłoń na powitanie, nie rzucać się nikomu na szyję, jeść zbilansowane posiłki, rozmawiać o nowych sposobach wytwarzania energii elektrycznej – chociaż ledwo poradziłam sobie z wymianą żarówki w samochodzie – ewentualnie na temat domowych pomysłów na przyrządzenie dżemu pigwowo-figowego.

I czuję, że to mnie ciągle goni, że nie umiem już tego zagłuszać. Stare sposoby przestały działać, nowych pomysłów brak. Dopada mnie strach przed serią przeciwzmarszczkowych kremów na pierwsze oznaki starzenia, strach przed tym, że nie będę miała z kim śmiać się z mojej pierwszej kurzej łapki pod okiem, że przygotuję swój pierwszy figowo-pigwowy dżem i zjem go sama z niedosmażonym naleśnikiem, bo ja nie nadaję się do ich smażenia, bo zawsze upadają na ziemię, są za grube albo za mało puchate. Coraz bardziej uciążliwy strach przed tym, że będę musiała oglądać te przesycone towarzyską adoracją reklamy telewizyjne sama – i nie będę się z nich śmiać, bo będę zgorzkniałą, zmarnowaną kobietą z odrostem na włosach.

Bardzo lubię jesień.

Samotność chyba też ją lubi.


  • RSS